Nic w tym dziwnego

Polska była krajem rolniczym, a rolnictwo, o czym ogólnie wiadomo, zawsze było mało rentowne. To musiało rzutować na zamożność społeczeństwa. Wieś była przeludniona, gospodarstwa były małe, w dodatku, jak w Galicji, niezmiernie rozdrobione. Nie dalej jak wczoraj w książce Cichorackiego, „Droga ku anatemie” nt. Kostek-Biernackiego, wojewody poleskiego, w którym to województwie bieda aż piszczała, przeczytałem, że problem był taki, że reforma rolna stanęła w miejscu. Przyczyna była prozaiczna – brak ziemi. Ówczesna, tj. przedwojenna reforma zakładała, że nowo powstałe (z reformy) gospodarstwa miały być samodzielne, czyli minimum 7 ha! Na Polesiu brakowało ok. 100.000 ha, aby chłopów obdzielić. Osuszanie/melioracja raz, że nie rozwiązywały problemu (za mało ziemi), dwa – wiązała się z ogromnymi nakładami. Tymczasem Niemcy, którzy i tak wystartowali bardzo późno z industrializacją, „przerobili” ten problem 100 lat wcześniej i przemysł był w stanie wchłonąć nadwyżki ludnościowe ze wsi, co od razu przełożyło się na wzrost zamożności. Z kolei w Polsce było błędne koło: bieda – brak kapitału – niedorozwój przemysłu – bieda.



„Kpów i szambelanów nigdy nie zabraknie”.