Do Jeepa

W ubiegłym roku popełniłem szereg wpisów wspomnieniowych na forum historycznym „Dawny Gdańsk”. Jednym z pierwszych był lapidarny opis warunków życia w okupowanej Warszawie. Ślę Ci ten wpis („Antka”):

Okupacyjna bieda

Ubóstwo stało się w Warszawie powszechne już od pierwszych miesięcy okupacji, także w moim domu. Najdotkliwszą plagą całego okresu okupacji był nieustanny, dotkliwy głód, a zimą dochodził do tego ziąb w nie zawsze opalanym mieszkaniu. Głód przyćmił jednak wszystkie inne dolegliwości, nawet strach przed okupantem, przed łapankami i obławami. W moim domu wprowadzono z konieczności jeden posiłek do syta dziennie, czyli tzw. obiado-kolację. Ów główny, ciepły posiłek stanowił gęstą, zawiesistą zupę z kromką przydziałowego glinopodobnego chleba. Najczęściej był to kapuśniak (zwykle zagęszczany kaszą), albo zupa brukwiowa. Za okrasę zup służyła zasmażka sporządzona z mąki, cebuli i z niewielkiej ilości oleju lnianego lub rzepakowego, choć bywało, że i tej okrasy brakowało. (Ówczesny olej stanowił gęstą, smolistą ciecz o ciemnej, niemal czarnej barwie i o specyficznym, nieprzyjemnym smaku. Wyrabiano go – jak zresztą i wiele innej żywności – w warunkach domowych, u któregoś z naszych sąsiadów). Tylko z rzadka okrasę stanowił mały kawałek drobno pokrojonej słoniny.

Głód, ta nieustannie nękająca dolegliwość, dla mnie najdokuczliwsza z wszystkich dolegliwości czasu okupacji, oraz zabiegi związane z jej zaradzeniem, zdominowały całe ówczesne codzienne życie większości rodzin w Warszawie.

Ból głodu trudno opisać słowami, wiele bolesnych wydarzeń tamtych czasów zatarło się w pamięci, lecz bólu głodu nie sposób zapomnieć.

Dzięki pomysłowości i zapobiegliwości mojej mamy na stole pojawiały się różne zmyślne dania sporządzane z jakichś surowców zastępczych, takich jak np. komosa czy lebioda (z nich zupy, „szpinak” itp.).

Otaczający nasz dom niewielki las stanowił miejsce częstych krótkotrwałych postojów różnorakich wojskowych jednostek niemieckich, węgierskich, czy rosyjskich z formacji SS. Stanowiło to dla nas, wyrostków, dobrą sposobność dla ryzykownych form „organizowania” z zasobów żywnościowych owych jednostek różnych dóbr. Pamiętam, z jakim mozołem wydłubywałem (dzięki mojej małej dłoni) przez oczko kraty w okienku niewielkiej przyczepy-magazynu aprowizacyjnego z dużego pojemnika masło.

Oto, w czasie gdy oficerowie węgierscy na platformie dużego, wojskowego auta ciężarowego opijali z naszymi sąsiadami braterstwo (przy głośnych okrzykach „Polak, Węgier – dwa bratanki!”), mój brat „zorganizował” z innego auta tejże jednostki węgierskiej karton z cenną, bardzo poszukiwaną „na rynku” amunicją kalibru 9 mm (stosowna do różnego rodzaju pistoletów, w tym i do niemieckiego „MPi”).

Węgrzy, choć wówczas jeszcze sojusznicy Niemiec, na ogół sprzyjali Polakom. Wojsko węgierskie było jednak w owym czasie w opłakanym stanie, a niedożywieni honwedzi często zwracali się do polskich rodzin, przecież skrajnie głodujących, prosząc o użyczenie im jakiejkolwiek żywności, choćby jarzyn, czy owoców.

Jednym ze sposobów na trudności z opałem było przesiewanie rzeszotami szlaki na wysypisku lokomotywowni na Pelcowiźnie, uzyskując w ten sposób niewielkie ilości nie spalonych grudek węgla, czy koksu. Niektórzy, co odważniejsi nasi starsi koledzy wskakiwali na przetaczane na torowiskach wagony z węglem zrzucając większe bryły na ziemię. Było to jednak związane z zagrożeniem życia, bowiem „czarni”, czyli Bahnschutze (niemiecka uzbrojona straż ochrony kolei), z reguły do takich desperatów strzelali. Czasami, gdy mrozy były szczególnie dokuczliwe, a do budżetu rodzinnego wpadło trochę grosza, kupowaliśmy od znajomych kolejarzy (zwykle wprost z ich prywatnego mieszkania) kilka kilogramów węgla, który zapewne także „zorganizowany” był przez nich na kolei i starannie ukrywany w mieszkaniu.”

forum.dawnygdansk.pl/viewtopic.php?t=5562&postdays=0&postorder=asc&start=0