Sławetne zdarzenie w opisie Stroopa i M. Edelmana.

W raporcie dziennym z dnia 10.5.1943 Stroop poświęca dłuższy akapit poniższemu zdarzeniu:

Dzisiaj, o godz. 9:00, do jednego z włazów kanalizacyjnych na tzw. Prostej podjechał samochód ciężarowy. Jeden z pasażerów tego pojazdu zdetonował dwa granaty, które stanowiły sygnał dla wyczekujących w gotowości bandytów gotowych do wyjścia z włazu na zewnątrz. Bandyci i Żydzi – i znów pośród nich znajdują się polscy bandyci, którzy uzbrojeni w karabiny, broń ręczną oraz w karabin maszynowy zasiedli w tymże samochodzie i odjechali w nieznanym kierunku. Ostatni spośród tej bandy, który pełnił wartę przy włazie i miał zadanie zamknięcia pokrywy włazu, został ujęty. Od niego pochodzą poniższe relacje. Oświadczył on, że najważniejszy przywódca bandy, która podzielona jest na poszczególne grupy bojowe, został albo zastrzelony w walce, bądź wobec beznadziejności walki sam się zastrzelił.

Wszczęte poszukiwania owego samochodu ciężarowego przebiegły dotąd bez efektu
.”

W opisie Marka Edelmana (w jego memuarach „Strażnik”) zdarzenie to miało bardziej dramatyczny przebieg.

Z getta wyszliśmy podziemnymi kanałami, rankiem 10 maja. Dzięki „Kazikowi”, świetnemu chłopakowi, który podczas powstania przeszedł na stronę aryjską i tam wykonał dla nas znakomitą robotę. Miał tak zwany dobry wygląd. Do tego urodził się i wyrósł na Powiślu, to był po prostu chłopak z Powiśla. „Kraczek”, który współpracował z „Kazikiem”, wystarał się o ciężarówkę. „Kazik” razem z dwoma kanalarzami przyszedł kanałami zabrać nas z getta. Tę ciężarówkę „Kazik” wymusił na ludziach, którzy nie byli bardzo pewni. Czekaliśmy na nią w kanale pod włazem przez wiele godzin, ale w końcu przyjechała. Stanęła na zbiegu ulic Łuckiej, Prostej i Wroniej, niedaleko murów getta. Rankiem wyszliśmy z kanału – brudni, śmierdzący, wychudzeni, a ludzie stali wokoło i patrzeli na nas. To było prawdziwe szaleństwo.

Jednak część naszych kolegów pozostała głębiej w kanale. Nie mogliśmy wszyscy zmieścić się pod włazem. Na chwilę przed otwarciem klapy i naszym wyjściem ktoś zawrócił, aby sprawdzić, czy idą za nami inni. Spieszyliśmy się. Ciężarówka nie mogła tam tkwić i czekać na tych, co się spóźniali. Smutno i strasznie było opuszczać kolegów. Wtedy, żeby nas uspokoić, „Kazik” powiedział, że za chwilę przyjedzie druga ciężarówka. Pojechaliśmy więc bez wyrzutów sumienia, albo prawie. Ta druga ciężarówka nigdy nie przyjechała.

Gdy „Kazik”, który mieszka w Izraelu i nazywa się Symcha Rotem, przyjeżdża do Polski, nadal się widujemy. Jesteśmy Przyjaciółmi”.